Leżąc na słońcu z jakąś szmatką na głowie można ujrzeć najdziwniejsze dziwy. Właśnie to sobie przypomniałam i, ach, cóż za radość do mnie wróciła. Mam teraz dużo przestrzeni dla siebie i dużo rzeczy mi się przypomina, ale to wspomnienie kolorowych dziwów, które widywałam jako dziecko, jakby umyka liniowej koncepcji czasu.
Cóż to za bajki, zwidy, czary?
To różnokolorowe kulki, placki światła, małe promyczki, które przedostały się przez ciasny splot bawełnianej koszulki; efekt dostaje głębi, gdy warstw jest więcej niż jedna. Co to są, te piękne kolorowe kuleczki, które widzę, pyta mała Ola, leżąc pomiędzy działkowymi zagonkami. Ale nikt nie zna odpowiedzi, a to pytanie jest jak nibypoczątek wielkiego questa w niedzielnym filmie o 12.30. Kolory wewnątrz niezziemskich baniek migotają i zmieniają kształty, jak to się dzieje, że nie muszę nawet nic robić, wszechświat chyba chce mnie po prostu zabawiać, sam z siebie, po prostu dlatego że jestem. Czy to Wiatr to robi? Czy to co widzę to Słońce?
/w alternatywnej rzeczywistości quest zostaje podjęty w bardziej tradycyjny sposób i mała Ola zostaje fizykiem kwantowym i w kolorowym fartuchu ciśnie jakieś wzory na whiteboardach/
Harmonia wzorów, które wyświatlają się na powierzchni oka zaburzona jest przez małe robaczko-stworki. Przypominają małe bakterie, albo sploty wzorów chemicznych. Daamn, to dopiero quest. Podjęłam się go w końcu i postanowiłam ustalić, CO TO jest? Zgłębiam różnego rodzaju wiedzę biologiczno-leczniczą i według tego co ustaliłam, to prawdopodobnie skutek spożywania cukru, konsekwencja bycia słodkim kotkiem.. To sie okaże wkrótce, bo nadal prowadzę empiryczne badania i zainteresowanym z chęcią opowiem, gdy zakończę quest i zlikwiduję te zwidy. Nic wtedy nie będzie rozpraszać przy odbiorze kolorowych kulek mocy. One są jak paliwo, dostają się do moich oczu i zabarwiają mi wizję, pokazują inną warstwę świata, warstwę ze światła, super przyjemną i nienachalną. W sumie to musisz się całkiem zatrzymać, żeby ją ujrzeć.
A jak już się zatrzymasz, to przy okazji na chwilę skup się na swoim oddechu.
Oddychasz?
I wtedy wjeżdżają kulki – spokojnie i z gracją, w rytmie twojego oddechu i podmuchów wiatru, kosmiczna projekcja spersonalizowana specjalnie dla ciebie, wyświetlają tu wzory, z których zbudowany jest kosmos (więc i ty), żebyś mógł i mogła na chwilę się z nim połączyć
HALO HALO, tu Kosmos, proszę już nic nie mówić, jesteśmy poza czasem, przestrzeń wypełniona jest kolorem i miłością, łagodnie się opływającymi, weź się w tym wykąp, weź tą odżywkę w siebie wsmaruj, ten miłosos spakuj sobie do hermetycznego pudełka na później, w kieszenie poupychaj i rozdaj ziomkom, podziel się tym miłym czymś bo dzielenie się to dbanie,
HALO HALO, tu Kosmos, proszę już nic nie mówić..
niedziela, 6 marca 2016
czwartek, 1 października 2015
późne lato leśnych ludzi
dzięki całej tej tułaczce trafiłam na niesamowite istoty. wiele różnych, tak, ale właśnie o dzieciakach będzie dziś. dzieciaki siedzą na wietrznej północy i dzielą się sobą:
opowiadają o swoich przeżyciach i potrafią siebie słuchać. nawet jeśli to są długie opowieści, mają w sobie dużo miłości i szacunku do siebie nawzajem, są sobą naprawdę zainteresowani. nie goni ich czas, przynajmniej nie tak jak w dużym mieście, nie tak jak w internecie. są super analogowi, nie dbają o telefony komórkowe, lajki. dbają za to o dobrą karmę, i o pyszne, lecznicze jedzenie. o koneksje z naturą. o rower co ich do niej może zawieźć. malują drobiazgowe obrazy w zeszytach, szukają skamieniałych stworzeń na podjeździe do biedronki i przerabiają na wisiorki, wspinają się po drzewach, głaszczą koty, zbierają drobne elementy rzeczywistości, nawlekają na nitki, rozwieszają w pokoju. i znów słuchają siebie, o siebie nawzajem dbają, patrzą, widzą, szukają.
w pokoju i miłości żyją
tyle się przy nich nauczyłam!
dostałam od nich tak dużo
jednego prezentu nie przyjęłam
[zostawiłam antyczne stworzenie w łazience
?]
na deser:
przypowieść Igiego z lasu
„o pokonywaniu strachu”
strach się pojawia, to normalne
to jest sposób reakcji na rzeczywistość, której nie znasz
na te rzeczy, które wydarzyć się mogą.
są różne sposoby radzenia sobie z nim
można np. przygotować się, tworzyć plan b, zablokować moment zawieszenia, pustki i niewiadomej
albo też można nie planować, tylko sobie znaleźć osobę z którą po prostu będziesz, w takiej czy innej przyszłości. taką osobę, przy której możesz czuć się bezpiecznie no matter what.
opowiadają o swoich przeżyciach i potrafią siebie słuchać. nawet jeśli to są długie opowieści, mają w sobie dużo miłości i szacunku do siebie nawzajem, są sobą naprawdę zainteresowani. nie goni ich czas, przynajmniej nie tak jak w dużym mieście, nie tak jak w internecie. są super analogowi, nie dbają o telefony komórkowe, lajki. dbają za to o dobrą karmę, i o pyszne, lecznicze jedzenie. o koneksje z naturą. o rower co ich do niej może zawieźć. malują drobiazgowe obrazy w zeszytach, szukają skamieniałych stworzeń na podjeździe do biedronki i przerabiają na wisiorki, wspinają się po drzewach, głaszczą koty, zbierają drobne elementy rzeczywistości, nawlekają na nitki, rozwieszają w pokoju. i znów słuchają siebie, o siebie nawzajem dbają, patrzą, widzą, szukają.
w pokoju i miłości żyją
tyle się przy nich nauczyłam!
dostałam od nich tak dużo
jednego prezentu nie przyjęłam
[zostawiłam antyczne stworzenie w łazience
?]
na deser:
przypowieść Igiego z lasu
„o pokonywaniu strachu”
strach się pojawia, to normalne
to jest sposób reakcji na rzeczywistość, której nie znasz
na te rzeczy, które wydarzyć się mogą.
są różne sposoby radzenia sobie z nim
można np. przygotować się, tworzyć plan b, zablokować moment zawieszenia, pustki i niewiadomej
albo też można nie planować, tylko sobie znaleźć osobę z którą po prostu będziesz, w takiej czy innej przyszłości. taką osobę, przy której możesz czuć się bezpiecznie no matter what.
wtorek, 29 września 2015
bajka o marchewce
BAJKA O MARCHEWCE
Nie tak dawno temu, kiedy do uprawy roślin nie używano sztucznych nawozów ani pestycydów, głęboko w ziemi żyła pewna marchewka. Było jej całkiem wygodnie, gdyż z każdej strony otoczona była przyjemną w dotyku ziemią. Niestety, nasza marchewka nie miała żadnego towarzystwa i czuła się bardzo samotna. Tak samotna jak te pojedyncze, zagubione skarpetki... Było jej smutniej i smutniej każdego dnia. Zupełnie zapomniała, że przecież jest jej tak wygodnie, a co więcej, że jest bardzo zdrowa i pełna witamin. A do tego wszystkiego nie widziała też nigdy swojego pięknego, ciepłopomarańczowego koloru, przypominającego cegły z nieotynkowanych, przedwojennych domów. Nie widziała go, bo niestety nie miała oczu – no i nawet gdyby je posiadała, to nie miała ani głowy ani szyi, żeby na siebie spojrzeć.. I tak sobie nasza piękność przeżywała swoją samotność w milczeniu.
Aż pewnego dnia usłyszała różne dziwne dźwięki – stukanie, gadanie, buczenie i warczenie.. Trochę się przestraszyła, bo za chwilę poczuła też ruch ziemi a jej korzonki zaczęły mieć więcej miejsca. Zaraz potem wszystko dookoła niej zaczęło się trząść, dźwięki były coraz i coraz to głośniejsze i nagle – HYC ! - ni stąd ni zowąd wystrzeliła w powietrze. I upadła na ziemię. - Ile miejsca! Jak jasno! Ile, och och, wszystkiego! - marchewka obserwowała i analizowała nową sytuację. Obserwacja trwała w sumie bardzo długo i właściwie przez długi czas nic zupełnie się nie zmieniało. Cokolwiek sprawiło, że wydostała się spod ziemi, chyba zapomniało o niej... Zrobiło jej się znowu smutno i samotnie.
Gdy tak leżała i z rozczuleniem myślała sama o sobie, usłyszała że zbliża się do niej ktoś na czterech pazurkowatych łapkach. Ten ktoś zatrzymał się nad nią, obwąchał dokładnie, i wilgotnym nosem trącił ją dość mocno w bok, tak że pokaturlała się po ziemi. -ŁIIII! Ale frajda! Haha – zaśmiała się, gdy poczuła małe ząbki gilgoczące ją po brzuszku. - Ja latam! Hura hura!
Sprawczynią całej tej zabawy była mama lisica, która pomyślała, że marchewka będzie wspaniałą zabawką dla jej dwóch małych synków, Mi i Ku, i w pyszczku przenosiła ją do swojej norki na polu. Szczęśliwie dla marchewki, a mniej szczęśliwie dla myszy i innych zwierzątek polnych, lisy są mięchatarianami, więc gdy ją zobaczyli u siebie w domu, zupełnie nie pomyśleli o tym, by ją zjeść. Byli bardzo wdzięczni mamie za to, że przyniosła im nową towarzyszkę – bowiem nie potraktowali marchewki jak pierwszy lepszy kamień do zabawy. Małe lisy, tak samo jak, na przykład, małe ludzkie dzieci, widzą i rozumieją świat trochę inaczej niż dorosłe lisy. Nie ogranicza ich wiedza i doświadczenie, są bardziej wrażliwe na świat. Może możemy powiedzieć po prostu, że widzą więcej. Może właśnie dlatego tak bardzo ucieszyli się z towarzystwa marchewki – widzieli w niej więcej, niż tylko warzywo. Oczywiście, na początku najbardziej zafascynowani byli tym, że ma ten sam kolor co ich piękne rude kitki, a mimo to wcale nie jest tak puszysta. Ciągle myśleli, że trzeba ją rozczesać.. Marchewka śmiała się z tego prawie na głos! Co dzień miała z małymi liskami radości co niemiara - bardzo lubiła różne zabawy, np. zabawę w turlanie, albo w „upadnij-przynieś”. Właściwie to podczas tych zabaw nie musiała nic specjalnego robić! Nasza marchewka w końcu poczuła się bezwarunkowo zaakceptowana i doceniona. Dzięki temu zaczęła się czuć swobodniej, jakby była bardziej sobą. Zaczęła przypominać sobie historie, które usłyszała od mamy ziemi, gdy jeszcze mieszkała głęboko w niej. Marchewka porozumiewała się z Mi i Ku bez słów, tak samo jak z mamą ziemią, i tak właśnie opowiedziała im wszystko, co wiedziała o świecie – opowiedziała im o drzewach, które powoli i majestatycznie pną się do nieba, czasem nawet całymi lasami; o kwiatach, których pyłek jest sensem życia dla pszczół, które z kolei pomagają zapylać różne rośliny, a także produkują miód – wspaniałe lekarstwo na wiele problemów. Opowiadała im też wiele innych historii, a wszystkie one były o tym, jak rzeczy na świecie jest połączone magicznym kręgiem życia, którego rozerwać nie może nic, nawet różne wynalazki intensywnie rozwijającego się gatunku ludzkiego. Mi i Ku kochali słuchać opowieści marchewki, a z każdą z nich czuli, że kochają świat mocniej i mocniej i nie mogli się już doczekać, aż jeszcze trochę urosną i sami będą mogli wyruszyć w nieznane i zobaczyć te fascynujące rzeczy na własne oczy.
Mi, Ku i marchewka spędzali razem całe dnie. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Trwało to bardzo długo – gdyż kiedyś każda marchewka mogła żyć aż kilka miesięcy nim zaczynała się psuć. Jednak i nasza ruda przyjaciółka pewnego dnia zaczęła tracić turgor – oto i ona została dotknięta przez czas. Stawała się coraz słabsza i bardziej wiotka. Na początku jeszcze bawiło ją odbijanie się od wszystkiego jak kauczukowa piłeczka, z biegiem czasu jednak miała coraz mniej siły na zabawy z chłopcami. Nie była smutna – przepełniona była wdzięcznością dla uniwersum, że mogła poznać tak wspaniałe, radosne, mądre i uważne liski, które dały jej tak dużo uwagi, nauczyły ją cieszyć się życiem i jeszcze chciały słuchać jej opowieści.. Cieszyła się, że mogła obserwować, jak każdego dnia rosną i zmieniają się z małych, nieporadnych lisków w silne, młode lisy. Cieszyła się też, że mogła pojawić się w ich życiach i sprawiać im radość swoją obecnością. Jednocześnie czuła, że ona sama potrzebuje teraz coraz więcej odpoczynku. Po prostu potrzebowała więcej czasu dla siebie. Poprosiła więc chłopców, by dowiedzieli się, gdzie jest najbliższy kompost i zanieśli ją tam. Kompost, wytłumaczyła im, to takie miejsce, w którym zbierają się różne resztki organiczne i w swoim własnym towarzystwie spędzają tak dużo czasu, aż nie zmienią się w nawóz, sprawiający, że gleba jest bardziej pulchna i przewiewna, a to z kolei pozwala warzywom i owocom lepiej w niej rosnąć. Chłopcy wzięli marchewkę i razem z ich mamą poszli do kompostownika koło najbliższego gospodarstwa, wytulili marchewkę za wszystkie czasy, i grzecznie położyli ją koło obierków po cebuli i resztek barszczu. Na pożegnanie wszyscy odśpiewali jej piękną, pożegnalną pieśń lisów. Ech, nie poznasz jej, póki jakąś zaprzyjaźniona lisia rodzinka nie będzie się chciała z Tobą pożegnać, ale naprawdę jest wzruszająca. A potem spokojnie poszli w swoją stronę, tj. do kurnika w gospodarstwie, aby wziąć składniki na jutrzejszy obiad i wiedli dalej swoje fascynujące, lisie życie.
Marchewka zaś powolutku, pomiędzy cebulą, buraczkami, koperkiem i innymi odpadkami, zaczęła się rozkładać. Nie gadali ze sobą zbyt wiele. Każdy był zajęty powolnym oddychaniem. Wdech. Wydech. Wdech. . Wydech. . Było ciasno i z biegiem czasu coraz cieplej, aż w końcu przestała się czuć tylko sobą i zaczęła czuć się wszystkim. I w ten sposób życie marchewki zatoczyło krąg. Mama natura dbała bowiem o równowagę i sprawiedliwość na świecie. No i oczywiście, jak to mamy, które zawsze próbują wszystko ulepszyć, matka natura gdy tylko mogła starała się sprawić, by każde kolejne stworzenie zostawiło po sobie więcej dobra, niż ono samo na świecie zastało.
[Dzięki temu właśnie otacza nas taki piękny świat a i my sami możemy przydać mu jeszcze więcej dobra.]
KONIEC
Nie tak dawno temu, kiedy do uprawy roślin nie używano sztucznych nawozów ani pestycydów, głęboko w ziemi żyła pewna marchewka. Było jej całkiem wygodnie, gdyż z każdej strony otoczona była przyjemną w dotyku ziemią. Niestety, nasza marchewka nie miała żadnego towarzystwa i czuła się bardzo samotna. Tak samotna jak te pojedyncze, zagubione skarpetki... Było jej smutniej i smutniej każdego dnia. Zupełnie zapomniała, że przecież jest jej tak wygodnie, a co więcej, że jest bardzo zdrowa i pełna witamin. A do tego wszystkiego nie widziała też nigdy swojego pięknego, ciepłopomarańczowego koloru, przypominającego cegły z nieotynkowanych, przedwojennych domów. Nie widziała go, bo niestety nie miała oczu – no i nawet gdyby je posiadała, to nie miała ani głowy ani szyi, żeby na siebie spojrzeć.. I tak sobie nasza piękność przeżywała swoją samotność w milczeniu.
Aż pewnego dnia usłyszała różne dziwne dźwięki – stukanie, gadanie, buczenie i warczenie.. Trochę się przestraszyła, bo za chwilę poczuła też ruch ziemi a jej korzonki zaczęły mieć więcej miejsca. Zaraz potem wszystko dookoła niej zaczęło się trząść, dźwięki były coraz i coraz to głośniejsze i nagle – HYC ! - ni stąd ni zowąd wystrzeliła w powietrze. I upadła na ziemię. - Ile miejsca! Jak jasno! Ile, och och, wszystkiego! - marchewka obserwowała i analizowała nową sytuację. Obserwacja trwała w sumie bardzo długo i właściwie przez długi czas nic zupełnie się nie zmieniało. Cokolwiek sprawiło, że wydostała się spod ziemi, chyba zapomniało o niej... Zrobiło jej się znowu smutno i samotnie.
Gdy tak leżała i z rozczuleniem myślała sama o sobie, usłyszała że zbliża się do niej ktoś na czterech pazurkowatych łapkach. Ten ktoś zatrzymał się nad nią, obwąchał dokładnie, i wilgotnym nosem trącił ją dość mocno w bok, tak że pokaturlała się po ziemi. -ŁIIII! Ale frajda! Haha – zaśmiała się, gdy poczuła małe ząbki gilgoczące ją po brzuszku. - Ja latam! Hura hura!
Sprawczynią całej tej zabawy była mama lisica, która pomyślała, że marchewka będzie wspaniałą zabawką dla jej dwóch małych synków, Mi i Ku, i w pyszczku przenosiła ją do swojej norki na polu. Szczęśliwie dla marchewki, a mniej szczęśliwie dla myszy i innych zwierzątek polnych, lisy są mięchatarianami, więc gdy ją zobaczyli u siebie w domu, zupełnie nie pomyśleli o tym, by ją zjeść. Byli bardzo wdzięczni mamie za to, że przyniosła im nową towarzyszkę – bowiem nie potraktowali marchewki jak pierwszy lepszy kamień do zabawy. Małe lisy, tak samo jak, na przykład, małe ludzkie dzieci, widzą i rozumieją świat trochę inaczej niż dorosłe lisy. Nie ogranicza ich wiedza i doświadczenie, są bardziej wrażliwe na świat. Może możemy powiedzieć po prostu, że widzą więcej. Może właśnie dlatego tak bardzo ucieszyli się z towarzystwa marchewki – widzieli w niej więcej, niż tylko warzywo. Oczywiście, na początku najbardziej zafascynowani byli tym, że ma ten sam kolor co ich piękne rude kitki, a mimo to wcale nie jest tak puszysta. Ciągle myśleli, że trzeba ją rozczesać.. Marchewka śmiała się z tego prawie na głos! Co dzień miała z małymi liskami radości co niemiara - bardzo lubiła różne zabawy, np. zabawę w turlanie, albo w „upadnij-przynieś”. Właściwie to podczas tych zabaw nie musiała nic specjalnego robić! Nasza marchewka w końcu poczuła się bezwarunkowo zaakceptowana i doceniona. Dzięki temu zaczęła się czuć swobodniej, jakby była bardziej sobą. Zaczęła przypominać sobie historie, które usłyszała od mamy ziemi, gdy jeszcze mieszkała głęboko w niej. Marchewka porozumiewała się z Mi i Ku bez słów, tak samo jak z mamą ziemią, i tak właśnie opowiedziała im wszystko, co wiedziała o świecie – opowiedziała im o drzewach, które powoli i majestatycznie pną się do nieba, czasem nawet całymi lasami; o kwiatach, których pyłek jest sensem życia dla pszczół, które z kolei pomagają zapylać różne rośliny, a także produkują miód – wspaniałe lekarstwo na wiele problemów. Opowiadała im też wiele innych historii, a wszystkie one były o tym, jak rzeczy na świecie jest połączone magicznym kręgiem życia, którego rozerwać nie może nic, nawet różne wynalazki intensywnie rozwijającego się gatunku ludzkiego. Mi i Ku kochali słuchać opowieści marchewki, a z każdą z nich czuli, że kochają świat mocniej i mocniej i nie mogli się już doczekać, aż jeszcze trochę urosną i sami będą mogli wyruszyć w nieznane i zobaczyć te fascynujące rzeczy na własne oczy.
Mi, Ku i marchewka spędzali razem całe dnie. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Trwało to bardzo długo – gdyż kiedyś każda marchewka mogła żyć aż kilka miesięcy nim zaczynała się psuć. Jednak i nasza ruda przyjaciółka pewnego dnia zaczęła tracić turgor – oto i ona została dotknięta przez czas. Stawała się coraz słabsza i bardziej wiotka. Na początku jeszcze bawiło ją odbijanie się od wszystkiego jak kauczukowa piłeczka, z biegiem czasu jednak miała coraz mniej siły na zabawy z chłopcami. Nie była smutna – przepełniona była wdzięcznością dla uniwersum, że mogła poznać tak wspaniałe, radosne, mądre i uważne liski, które dały jej tak dużo uwagi, nauczyły ją cieszyć się życiem i jeszcze chciały słuchać jej opowieści.. Cieszyła się, że mogła obserwować, jak każdego dnia rosną i zmieniają się z małych, nieporadnych lisków w silne, młode lisy. Cieszyła się też, że mogła pojawić się w ich życiach i sprawiać im radość swoją obecnością. Jednocześnie czuła, że ona sama potrzebuje teraz coraz więcej odpoczynku. Po prostu potrzebowała więcej czasu dla siebie. Poprosiła więc chłopców, by dowiedzieli się, gdzie jest najbliższy kompost i zanieśli ją tam. Kompost, wytłumaczyła im, to takie miejsce, w którym zbierają się różne resztki organiczne i w swoim własnym towarzystwie spędzają tak dużo czasu, aż nie zmienią się w nawóz, sprawiający, że gleba jest bardziej pulchna i przewiewna, a to z kolei pozwala warzywom i owocom lepiej w niej rosnąć. Chłopcy wzięli marchewkę i razem z ich mamą poszli do kompostownika koło najbliższego gospodarstwa, wytulili marchewkę za wszystkie czasy, i grzecznie położyli ją koło obierków po cebuli i resztek barszczu. Na pożegnanie wszyscy odśpiewali jej piękną, pożegnalną pieśń lisów. Ech, nie poznasz jej, póki jakąś zaprzyjaźniona lisia rodzinka nie będzie się chciała z Tobą pożegnać, ale naprawdę jest wzruszająca. A potem spokojnie poszli w swoją stronę, tj. do kurnika w gospodarstwie, aby wziąć składniki na jutrzejszy obiad i wiedli dalej swoje fascynujące, lisie życie.
Marchewka zaś powolutku, pomiędzy cebulą, buraczkami, koperkiem i innymi odpadkami, zaczęła się rozkładać. Nie gadali ze sobą zbyt wiele. Każdy był zajęty powolnym oddychaniem. Wdech. Wydech. Wdech. . Wydech. . Było ciasno i z biegiem czasu coraz cieplej, aż w końcu przestała się czuć tylko sobą i zaczęła czuć się wszystkim. I w ten sposób życie marchewki zatoczyło krąg. Mama natura dbała bowiem o równowagę i sprawiedliwość na świecie. No i oczywiście, jak to mamy, które zawsze próbują wszystko ulepszyć, matka natura gdy tylko mogła starała się sprawić, by każde kolejne stworzenie zostawiło po sobie więcej dobra, niż ono samo na świecie zastało.
[Dzięki temu właśnie otacza nas taki piękny świat a i my sami możemy przydać mu jeszcze więcej dobra.]
KONIEC
czwartek, 17 września 2015
piątek, 14 sierpnia 2015
nowy nów
Olokameleon wslizguje się tu i tam, znów ląduje w niesamowitych miejscach ALE to nie są jej miejsca. jej miejsce jej się śni: rozmawia przez telefon, idzie w jej stronę, uśmiecha się, z niedbałoscia wywraca szafkę na środku pola to miejsce chodzące, Ola wzdycha bo zbyt realny jest to sen, bardziej realny niż zdjęcia. i budzi się bo nie chce wiedzieć co będzie dalej, otwiera oczy, nad nią jakiś milion starych obrazów, na ścianach instrumenty, to piękne biało drewniane archiwum, ta kolekcja historii zaklętych w starych przedmiotach, roni łezkę, przypomina się jej wczorajszy wieczór, to zaszczyt tu być, dziękuję, muszę spierdalać, to nie moje miejsce, bo znowu banda ludzi zamiast żyć swoim życiem tylko je, je i ocenia innych, omawia rozwój środowiska, z kim warto a z kim już nie, ich słowa określają dokładnie granice legendy, ten jest niezrównany, tamci robią gówno, dobrze że się rozpadły, takie zespoły powinny się rozpadać. I znów tak jak kilka dni temu odjeżdżam z niesmakiem, nie będę spędzać czasu z ludźmi, którzy są tak zachłyśnięci sobą, że zapominają słuchania, zapominają szacunku. odbieram takie sprawy mega personalnie, kiedy ktoś tak mówi o kimś ja myślę że równie dobrze mogliby mówić tak o mnie. przychodzę do was jako nikt, chociaż sama siebie widzę w milionach sytuacji, sami nie wiecie jak od siebie różnych, sami nie wiecie kogo tu przed sobą macie, możemy zostać przyjaciółmi do końca życia, ale jak tylko poczuje, że jesteś nieszczery, że nie masz szacunku do człowieka, to dziękuję i spierdalam, podobnie jak ludzie którymi tak pomiatasz jestem prezentem dla świata, dla CIEBIE, jeśli tego nie doceniasz, jeśli tego nie widzisz to nie chce z tobą być, z tobą mojego czasu tracić, na ciebie moich czarodziejskich mocy zużywać. Ola ściąga oczy z archiwum, przypomina sobie wyśnione ostatnie promienie słońca na twarz i to moje ruchome miejsce, jadę stąd sobie, idę go poszukać, dziękuję że mogłam tu być, dziękuje że mogę już sobie pojechać, roni łezkę, jedną łezkę z czterech powodów, wyjmuje telefon i przy akompaniamencie regularnych oddechów i śpiewów kogutów piszę do sama nie wie kogo taki wpis. jesteś tu?
środa, 5 sierpnia 2015
burza outside, wewnątrz przyjemny spokój
Hopsa hopsa, tu Radio Łąka, Radio Pole, przerywamy dzisiejszy czilałt żeby nadać specjalny komunikat, uwaga, natychmiast PRZESTAŃ ROBIĆ TO CO ROBISZ, szczególnie jeśli czujesz się jakoś nie tak z powodu tego, co robisz i koniecznie ZACZNIJ ROBIĆ TO CO LUBISZ, skończ z zaległościami, zacznij z uwagą, jedz dobre rzeczy, otaczaj się ludźmi którzy cie kochają, miej mało rzeczy i trzymaj je w porządku, uważnie wypowiadaj słowa - słowa to są zaklęcia, które się spełniają, więc przemyśl dokładnie czego chcesz, bo na pewno to dostaniesz!
Tu radio łąka, już nie kaszlę i nie chrząkam, nie krzywię kręgosłupa, nie wystaje mi dupa, nie jestem zbyt otwarta, nie mam na imię Marta, nadal mówią na mnie Ola, już nie jestem chora,
wesoła se byłam i wesoła będę
swojej wesołości nigdy nie pozbędę.
/z kieleckiego, tradycyjne rapsy z głowy mojej a także pani Marysi Kowalik z Sędka magicznego
środa, 29 lipca 2015
i n t e n c j a
Heksagram 66.
Człowiek na środku góry, nocą. Ciepły wiatr muska jego policzki, nad jego głową niebo jest spokojne, a pioruny ciskają po horyzoncie 360^. Obraz dzielności. Odważnie dzielą się sobą ci, co mają nieskończone źródła.
---
Słowo INTENCJA przyszło do mnie jak grom, nie czekając na definicję przekroczyło mentalne przypuszczenia i stało się rzeczywistością.
Znalazłam nieopublikowane, archiwalne spiski z końca wiosny. Te zaklęcia, czytane teraz, nabierają nowego znaczenia, gdy widzę, że stały się ciałem. Chcę je zamieścić, żeby można już było pisać następne czary.
Składniki historii, której nie opowiem, bo jest za piękna, żeby ktokolwiek uwierzył: intencja z jaką zostały wyplute poniższe słowa, alchemia zero jedynek, kilka rozdanych uśmiechów i hugsów, lipcowy, nowy księżyc
Efekt: Odnalezienie swojej niecki.
czerwiec 2015:
Składam się głównie z problemów. Z problemów i rozwiązań, tak, wiem. A to wszystko napędzają jakieś moce nie wiadomo skąd, bo nie znam drugiej takiej potencjalnej osoby (cały czas mam nadzieje poznać, naprawdę). I cały czas nie wiem co było pierwsze: problemowe jajo zbuk czy kura samograjka znosząca złote jajka: energia miłość światło inside me. Co się wzięło od czego, nie wiem, chciałabym wiedzieć, żeby tym majdanem lepiej zarządzać. Ładnie pisze jak mam dobre flow i ogólnie ludzie mnie wtedy lubią. Jak mam gorzej to się zaszywam i płacze jem albo ćpię to lub tamto, nie mam siły, nie mam nadziei, jestem małą kulką samotności. Nie jest dobrze, ale tego nie widać, dopóki o tym nie powiem, a nie mówię o takich smutach..
Mam teraz fajne plany (wydupczyć daleko, bez planu, że wskazaniem na 'na zawsze'). Wszyscy mi zazdroszczą wyjazdu. Realizujesz moje marzenie, itsmysdream, they say. Zaprawdę ci powiem: marzę o tym żeby mieć dla czego zostać, żeby cokolwiek tutaj miało sens.
Chciałabym, żeby cokolwiek się ułożyło, żeby nie żyć w takiej pustelni, żeby zmniejszyć skrajności i sie uspokoić. To wymaga dużo pracy. Od dawna szukam sposobów, nie chwytam się brzytw, rozważnie dbam. Szukam balansu, systematyczności i konsekwencji. Robię prawko. Nadal obgryzam paznokcie. Z balansu najlepiej mi idzie uczenie się stania na głowie. Rożne rzeczy są wtedy w końcu na miejscu.
Projekt Olka. Projekt Aleksandra
Najgorsze że w sumie jestem specem od tego wszystkiego, uniwersytety mi dawał fachowa wiedzę, jak pomagać ludziom w różnych kłopotach, sama też zgłębiałam temat i teraz znam milion sposób, jak pomóc innym i żadnego nie potrafię skutecznie wdrożyć u siebie. Jestem kompletnie rozregulowana, myślę że to co robię nie jest do końca racjonalne, nie wiem czy mądre. To, czyli rozdawanie moich rzeczy, zostawianie tego co siebie wypracowałam przez ostatnie lata, samotny wyjazd gdziekolwiek, byle dalej. Pomyślałam, może to głupie i Chciałam zapytać kogoś mądrego o zdanie. Zaczęłam szukać kogoś, komu ufam na tyle żeby wziąć sumie do serca jego radę; kogoś takiego, kto żyje swoim życie w całości tak jak chce, kto jest po prostu mądry i szczęśliwy i wiem ze powie mi dobrze, bo widzę jak żyje. I wiesz co? Nie wiedziałam, kogo zapytać. Każdy jest w mniejszym lub wiejskim stopniu popierdolony, doceniam w ludziach ich wspaniałe moce, ale też widzę niedobory i głupoty, tak, widzę je nie tylko w sobie.
Mam czasem takie chwile super załamki i wtedy nikt nie przychodzi mi z pomocą. Trudno, rodzisz się i umierasz sam. Ponoć. Widzę, że niektórzy mają inaczej. Ale ja mam tak. Trudno. Chyba sama sobie to zgotowałam, nie wiem jak to odkręcić.. . Próbuję się cieszyć tym co mam: jestem otwarta, szybko się uczę, potrafię rozmawiać z ludźmi. Z takimi umiejętnościami nie potrzebuje nic więcej, wszędzie siebie poradzę.
Może kiedyś ten smutek się ode mnie odklei. Mam nadzieję że go kiedyś wyśpiewam, wytańczę, wymedytuję.
Nie wiem co mam z tym wszystkim robić. Nie wiem też czy muszę wiedzieć. Chciałbym żeby mnie ktoś złapał za rękę i trwał że mną. Przecież na to zasługuje. Gdzie jesteś mój człowieku przyczepiony do tej ręki, zwariuje bez ciebie.
No ale przecież żaden człowiek nic nie da. Narkotyki nie pomogą. Myślę że nawet legalne tabletki na dobry nastrój mogłyby nie dać rady. Trzeba takie stany pokonać wewnętrzną siłą, przecież widzę ją w ludziach. Widzę ją w sobie.
Powinnam sobie poradzić.
Pzdr.
EPILOG
„- Przepraszam Cię, nie wiem czemu się popłakałam wtedy.
- Popłakałaś się, bo na chwilę zatrzymałaś się i przypomniałaś sobie że na tę sytuację można patrzeć z innej perspektywy, i zrobiło ci się smutno , bo wydało ci się to wszystko nieprawdziwe.”
http://www.kwantowo.pl/2012/11/29/kim-jest-obserwator/
Człowiek na środku góry, nocą. Ciepły wiatr muska jego policzki, nad jego głową niebo jest spokojne, a pioruny ciskają po horyzoncie 360^. Obraz dzielności. Odważnie dzielą się sobą ci, co mają nieskończone źródła.
---
Słowo INTENCJA przyszło do mnie jak grom, nie czekając na definicję przekroczyło mentalne przypuszczenia i stało się rzeczywistością.
Znalazłam nieopublikowane, archiwalne spiski z końca wiosny. Te zaklęcia, czytane teraz, nabierają nowego znaczenia, gdy widzę, że stały się ciałem. Chcę je zamieścić, żeby można już było pisać następne czary.
Składniki historii, której nie opowiem, bo jest za piękna, żeby ktokolwiek uwierzył: intencja z jaką zostały wyplute poniższe słowa, alchemia zero jedynek, kilka rozdanych uśmiechów i hugsów, lipcowy, nowy księżyc
Efekt: Odnalezienie swojej niecki.
czerwiec 2015:
Składam się głównie z problemów. Z problemów i rozwiązań, tak, wiem. A to wszystko napędzają jakieś moce nie wiadomo skąd, bo nie znam drugiej takiej potencjalnej osoby (cały czas mam nadzieje poznać, naprawdę). I cały czas nie wiem co było pierwsze: problemowe jajo zbuk czy kura samograjka znosząca złote jajka: energia miłość światło inside me. Co się wzięło od czego, nie wiem, chciałabym wiedzieć, żeby tym majdanem lepiej zarządzać. Ładnie pisze jak mam dobre flow i ogólnie ludzie mnie wtedy lubią. Jak mam gorzej to się zaszywam i płacze jem albo ćpię to lub tamto, nie mam siły, nie mam nadziei, jestem małą kulką samotności. Nie jest dobrze, ale tego nie widać, dopóki o tym nie powiem, a nie mówię o takich smutach..
Mam teraz fajne plany (wydupczyć daleko, bez planu, że wskazaniem na 'na zawsze'). Wszyscy mi zazdroszczą wyjazdu. Realizujesz moje marzenie, itsmysdream, they say. Zaprawdę ci powiem: marzę o tym żeby mieć dla czego zostać, żeby cokolwiek tutaj miało sens.
Chciałabym, żeby cokolwiek się ułożyło, żeby nie żyć w takiej pustelni, żeby zmniejszyć skrajności i sie uspokoić. To wymaga dużo pracy. Od dawna szukam sposobów, nie chwytam się brzytw, rozważnie dbam. Szukam balansu, systematyczności i konsekwencji. Robię prawko. Nadal obgryzam paznokcie. Z balansu najlepiej mi idzie uczenie się stania na głowie. Rożne rzeczy są wtedy w końcu na miejscu.
Projekt Olka. Projekt Aleksandra
Najgorsze że w sumie jestem specem od tego wszystkiego, uniwersytety mi dawał fachowa wiedzę, jak pomagać ludziom w różnych kłopotach, sama też zgłębiałam temat i teraz znam milion sposób, jak pomóc innym i żadnego nie potrafię skutecznie wdrożyć u siebie. Jestem kompletnie rozregulowana, myślę że to co robię nie jest do końca racjonalne, nie wiem czy mądre. To, czyli rozdawanie moich rzeczy, zostawianie tego co siebie wypracowałam przez ostatnie lata, samotny wyjazd gdziekolwiek, byle dalej. Pomyślałam, może to głupie i Chciałam zapytać kogoś mądrego o zdanie. Zaczęłam szukać kogoś, komu ufam na tyle żeby wziąć sumie do serca jego radę; kogoś takiego, kto żyje swoim życie w całości tak jak chce, kto jest po prostu mądry i szczęśliwy i wiem ze powie mi dobrze, bo widzę jak żyje. I wiesz co? Nie wiedziałam, kogo zapytać. Każdy jest w mniejszym lub wiejskim stopniu popierdolony, doceniam w ludziach ich wspaniałe moce, ale też widzę niedobory i głupoty, tak, widzę je nie tylko w sobie.
Mam czasem takie chwile super załamki i wtedy nikt nie przychodzi mi z pomocą. Trudno, rodzisz się i umierasz sam. Ponoć. Widzę, że niektórzy mają inaczej. Ale ja mam tak. Trudno. Chyba sama sobie to zgotowałam, nie wiem jak to odkręcić.. . Próbuję się cieszyć tym co mam: jestem otwarta, szybko się uczę, potrafię rozmawiać z ludźmi. Z takimi umiejętnościami nie potrzebuje nic więcej, wszędzie siebie poradzę.
Może kiedyś ten smutek się ode mnie odklei. Mam nadzieję że go kiedyś wyśpiewam, wytańczę, wymedytuję.
Nie wiem co mam z tym wszystkim robić. Nie wiem też czy muszę wiedzieć. Chciałbym żeby mnie ktoś złapał za rękę i trwał że mną. Przecież na to zasługuje. Gdzie jesteś mój człowieku przyczepiony do tej ręki, zwariuje bez ciebie.
No ale przecież żaden człowiek nic nie da. Narkotyki nie pomogą. Myślę że nawet legalne tabletki na dobry nastrój mogłyby nie dać rady. Trzeba takie stany pokonać wewnętrzną siłą, przecież widzę ją w ludziach. Widzę ją w sobie.
Powinnam sobie poradzić.
Pzdr.
EPILOG
„- Przepraszam Cię, nie wiem czemu się popłakałam wtedy.
- Popłakałaś się, bo na chwilę zatrzymałaś się i przypomniałaś sobie że na tę sytuację można patrzeć z innej perspektywy, i zrobiło ci się smutno , bo wydało ci się to wszystko nieprawdziwe.”
http://www.kwantowo.pl/2012/11/29/kim-jest-obserwator/
Subskrybuj:
Posty (Atom)