piątek, 24 marca 2017

trzecie i ostatnie przejście Urana

I'm here, south of Spain, in a small valley with almond and olive trees,  sleeping in a caravan, on a bed covered with mosquito net, so poo of geckos that I share the caravan with don't fall onto my bed. I am surrounded by good hearted people, there is an abundance of everything,  I eat ultra healthy food, sweetest fruits from market and vegetables that we grow here. I bath in sun and see, I jump on a trampoline to start the day, later on I sing and play.

I'm living a dream.

1. Żyję we śnie.

Przytkane ucho, nieczyste zatoki, przed oczami farfocle. Odbieram rzeczywistość w zniekształcony sposób bo moje zmysły są przytemperowane przez jakieś coś. Wszystko naokoło wydaje się być jakby mniej realne; co ja mówię, wszystko wydaje się zupełnie nierealne. Niby tak samo wyglądają gwiazdozbiory na niebie, niby ten sam księżyc mi oświetla drogę,  niby to samo powietrze z zapachami wypełnia moje płuca, a ja czuję że to jest tylko jakaś niewyraźna kopia tego co już było, to światło, ten zapach i te dźwięki nie są świeże, to jakiś dzień świstaka, choć wydarzenia są w sumie codziennie inne.

2. Żyje we śnie

Podobnie jak zaczynam tęsknić za słońcem dopiero wtedy, gdy zasłoni je chmura, tak zdaję sobie sprawę z tęsknoty za rzeczywistością dopiero, kiedy oglądam świat przez jakiś rodzaj filtra. I właśnie, dla wzmocnienia absurdu, tylko i wyłącznie ta tęsknota zdaje się być prawdziwa.
Więc oglądam świat w lustrze, z zewnątrz spoglądam na siebie i swoje otoczenie, symetrycznie odwrotna nierzeczywistość ma większy sens niż to, co widzę tą oczu parą, po więcej szczegółów na ten temat odsyłam do odpowiedniej lektury, bo przecież wszystko już było.

Lecz nie powstrzyma mnie ta lustrzana niepewność, oglądam tę nierzeczywistość dokładnie, szukam poszlak prawdy. Przykładam głowę do trampoliny, miażdżę sobie nos, ocieram rzęsami o jej czarną siatkę, która pozwala zobaczyć, co jest pod spodem. Widziane przez tę barierę zwykłe chwasty nagle wydają się być tak żywe i ostre.

Z tych samych powodów podglądam słońce przez szmatkę i odbieram kolorowe kulki światła, ale o tym już było.

Dlatego też robię zdjęcia. Dopiero gdy zrobię zdjęcie i porównam je z tym co widzę, jestem pewna że któreś urządzenie przekłamuje - obiektyw kamery, ekran aparatu, moje oko, lub wszystkie trzy. Smutek i satysfakcja w jednym - mam rację, widać różnicę, jest dowód.

Dlatego właśnie noszę moje okulary z żółtymi szkłami. Same zalety: freaky look, kraj/obraz jest przyjemniejszy, i jeszcze takie szkła zapobiegają szybkiemu zestrarzeniu się plamki niebieskiej w oku. Mój mózg ma nonstopową zagadkę z dekodowaniem tego żółtego filtra i nie kmini nad tym, czy to co widzę  jest prawdą. Choć właśnie to jest ich prawdziwa funkcja tych okularów - przypominanie że to wszystko naokoło nie jest takie, jakie być się zdaje.

3. Żyję we śnie.

Czasami boję się iść spać, choć w zasadzie z zasypianiem nie mam problemu. Sama decyzja, ten akt woli - teraz idę do łóżka - jest dla mnie wyzwaniem, bo wiem, że całą noc  będą śnić mi się sny i większość z nich zapamiętam. Nie masz człowieku wytchnienia, w dzień żyjesz,  w nocy żyjesz. Przez ostatni rok śniły mi się budynki, co było mega fazowe, biegałam po pokojach, komnatach, halach, piwnicach i strychach, schodach i ruinach, odkrywając co się w nich znajduje. Teraz coś się zmieniło i moje sny są bardziej różnorodne a sytuacje o których śnię poruszają mnie bardziej, niż te przeżywane na jawie. Praca, podróże, tańce, stres, nauka, zakupy, misje na mieście, latanie na miotle, tulenie, jakieś kłótnie, ostatnio nawet żywego kota kroiłam w kosteczkę, elegancko, nożem i widelcem, a potem dziewczynce zabrałam skręta z zielska i skitelsów. W moich snach wciąż spotykam ludzi których znam, Natalia, Marlena, Miłosz, Lena, Kasia, jeszcze inna Kasia, Janusz. Każdej nocy spotykam pół facebooka znajomych, do tego rozległą rodzinę oraz ludzi których widziałam raz czy dwa razy w życiu. I załatwiamy jakieś zaległe sprawki. Wszyscy są tacy piękni, tacy wyraźni, tacy po swojemu charakterystyczni, wszyscy mi w czymś pomagają, lecz niektórzy wyraźnie na opak. Budzę się i dziękuję że ich poznałam, że mi się przyśnili, uratowali z jakichś tarapatów, poruszyli serce lub nauczyli zachować zimną krew, pomogli coś znaleźć, za to że są sobą i żyją swoją prawdą. Każdego ranka wysyłam blessy do tych pięknych ludzi z życzeniami, by ich historie były dla nich szczęśliwe, by odnaleźli swój spokój a ich życie wypełniła radość i jeszcze więcej miłości.

Jest też takie jedno ciało które wraca, którego nie rozpoznaję po imieniu choć, zdaje się, znam już od zawsze, robi mi się gorąco gdy widzę jak kupuje gorzką czekoladę przede mną w kolejce sklepu na rogu naprzeciwko domu, w którym się wychowałam, i choć to ewidentnie nasz sklep na rogu i domy takie same, to nigdy wcześniej tu nie byłam, skoro on tu mieszka od zawsze na tym skrzyżowaniu w równoległym świecie, a potem już gubimy się w tłumie na paradzie samby z okazji koncertu Majki Jeżowskiej. Budzę się i czuję przyjemny gorąc kołdry,  nad ranem w karawanie jest bardzo rześko, by nie powiedzieć że zimno, więc ostatnie godziny śpię z głową pod kołdrą i ogrzewam się ciepłym oddechem.  Uchylam rąbek narzuty by ocenić sytuację świetlną na zewnątrz - czy już i jak dawno wstało słońce, czy ja już też powinnam wstawać czy mogę jeszcze przenieść się z powrotem do magicznie realnej krainy snów, czy raczej w tej nierealnie bajecznej dolinie zacząć już działać, pić herbatki, sprzątać garaż i wystawiać owoce do suszenia na słońcu.

4. Żyję we śnie.

Moje myśli, w przeciwieństwie do tego co radzi pan Eckhart, zaprzatają marzenia o przyszłości. Gdzie będzie mój mały domek, jak będzie wyglądał, co z wyposażenia koniecznie trzeba mu zorganizować, co tam będę robić, kto mnie będzie odwiedzał, z czego będę się utrzymywać. Ale nie tylko: mając w buzi jeden kęs czegoś nie mogę się doczekać, kiedy już wezmę następny; co napisze gdy skończę pisać to słowo; co zrobię jak skończę robić to co robię, i tak cały dzień. Ten aspekt snu na jawie mało lubię, bo choć planowanie to moja natura, to ciągłe widzenie przyszłości jest męczące, jednocześnie radosne i smutne - radosne: bo widzę tę przyszłość w różowo- zielonych barwach, a smutne bo jeśli w końcu nie przenoszę się z moją świadomością do teraźniejszości by się nią radować, wiecznie trwać będzie pogoń za czymś tam lepszym, gdzie i kiedy indziej.

5. Żyję we śnie.

I jeszcze tylko jeden wątek, chyba ostatni ale najszerszy, o którym nie potrafię jeszcze pisać: świat rzeczywisty jako Matrix, hologram, niekończące się światło miłości z której przychodzimy i która jest naszym celem, czuje więc tę nierzeczywistość tutaj i myślę o tym co jest prawdziwie, na prawdę prawdziwe, i myślę o tym kim, czym i skąd jestem i mocno, bardzo mocno tęsknię za domem.

wtorek, 10 stycznia 2017

zima niezimna

jeszcze trochę sharingu z okazji tego, że można














pierwsze zdjęcie w nowym roku z tzw. cyklu Autoportety



faza na zimę czyli jestem tu zimą i wcale nie jest tak strasznie!
tak jak się wtedy bałam wiatru i wylądowałam na wietrzystych skałach, tak pokonuję mój strach przed zimnem, zimnu robię foteczki w rękawiczkach


to są tzw. chlebkowe skały







serduszkowy filtr do życia i zdjęć za dwa złote z lumpeksu


a Marcin ostatnio napisał piękny tekst o docenianiu zimy, a właściwie to życia

i o życiu tym myślę sobie: otaczają mnie niezwykli ludzie, wciąż widzę jak wychodzą ze swoimi messagami do świata, do ludzi, coś robią albo piszą i otwierają jakieś nowe skrytki które przegapiliśmy przeszukać jak się spieszyliśmy na autobus do końca świata. mniej surrealistycznie też myślę, jakie to piękne, że tak powoli wszyscy kumamy to życie, powoli się uczymy, powoli się dzielimy, jakbyśmy zdobywali nowy zawód: człowiek, jest tyle do odkrywania i przekraczania. hej hej.
hej

dzięki że jesteście ludzie

poniedziałek, 9 stycznia 2017

podróże w przerwie od podróży

dwie i pół pory roku w różnych krajach na małomówiących fotografiach


lato
jesień
i trochę zimy, tej prawdziwie polskiej


dziękuję wam za wszystko moi towarzysze podróży, współcompaneros, amores <3 div="">






























...i w drogę :)

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

wiosna wiosna

wiosenna galeria z podróży. podróż się nigdy się nie kończy, tylko wciąż i wciąż zmienia geografię..



Green Tara, pierwsza kobieta bodhisattwa na odwagę. 

tutaj podkład muzyczny: 



to jedno z jedynych zdjęć z tego miesiąca, w którym pracowałam w kuchni centrum jogi, bo się wszystkie skasowały.. Może kiedyś napiszę, co tam się działo, pure magic human power



moje avocadowe wisiorki, wystawiłam sklepik na targu, w Orgivie, gdzie każdy mógł wystawić swój straganik. rozdałam kilka, nie sprzedałam ani jednego (biznes master!), ale za to dwa tygodnie później na pożegnanie na tym samym targu zrobiłam kilka występów muzycznych i w moim magicznym pomarańczowym imbryku pojawiły się monety. 
a wisiorki nadal mam, mogę sprezentować 


magiczna dolina przemian, czyli El morreon, kozy i trujące kwiaty oleandrów


w promieniu kilkudziesięciu kilometrów wszędzie w tych górach poukrywane są ludzkie domki, siedliska, miejsca zrobione z duszą i niskim nakładem kosztów, samowystraczalne, niepowtarzalne. Orgiva i okolice jest jak magnez na niesamowitych ludzi. check it out, pojedź, powibruj z nimi


ryż ze szczypiorem z ognia


guacamole versja jaskiniowa


uliczny ołtarz i krewetki z okazji święta świętego krzyża


..and some sweet stuff sometimes..


ostatnie zimowe fotki były z plaży we Fuengiroli, stamtąd pojechałam na kilkunastoosobowe rainbow crudo (tylko surowe jedzenie, warzywa, owoce, jadalne kwiatki i bakalie) na działeczce tych tulących w imię jezusa hipisów o których wtedy wam pisałam. stamtąd dobre raw anioły zabrali mnie do Maro - malutkiej miejscowości nad morzem, gdzie spędziłam najwięcej czasu, zbudowałam domek-piramidę przy plaży.. to był chyba najlepszy ze wszystkich czas. na zdjęciu człowiek serce, a jego imię: Meenhard (wym. men-hart), na swojej działce ma kury, mnóstwo drzew z egzotycznymi owocami, jaskinię w której żyje, zawsze też jakichś kolorowych pomocników, którzy budują z nim nowy dom, a dookoła dobrych sąsiadów, z którymi organizuje cosobotnie spotkania muzyczno-ogrodowe.


widok z gór na najbliższe duże miasto, czyli ultra turystyczną Nerję, balkon Europy, ponoć najcieplejsze miejsce na tym kontynencie. poszłam sobie w te góry na spacer i jedynymi spotkanymi ludźmi była sympatyczna rodzinka z Polski :)


cisnę, cisnę, do przodu


do miasta, Nerjy, chodziłam raz lub dwa razy na tydzień, na recykling, czyli znajdowanie cudów na śmietnikach, a poza tym na zakupy i internet. żeby stać mnie było na te luksusy, grałam na ulicy różne przeboje, dzieci tańczyły, dorośli śpiewali i wszyscy byliśmy szczęśliwi. muzyka językiem wszechświata, więc drobne i grube lecą do dzbanuszka, gdy kochasz to co robisz. ale gdy brakuje ci trzech euro do jakiegoś pilnego zakupu a w twoim głosie pojawia się jakaś odmiana desperacji, nie wleci nic. dlatego teraz śpiewam i gram nie wtedy, gdy muszę, lecz tylko i tylko wtedy, gdy chcę. 
  

kosze na śmieci po targu staroci - każdej niedzieli wszyscy hipisi z plaży mogli kompletnie wymienić swoją garderobę na ciuszki, których sprzedającym nie chciało się zabierać ze sobą. 


wesołe panie podczas święta Romerii - hucznie obchodzonego święta św. Izydora. setki dużych aut i wozów przerobionych na miejsca fiesty, które w korowodzie prowadzą mieszkańców Nerjy i turystów do Maro, głośna i hiszpańska muzyka, tańce przez całą drogę, mnóóstwo rozdawanego wszystkim jedzenia i alkoholu, idą wszyscy starcy, dzieci, poprzebierani i radośni, jedna wielka parada radości, bo można


moja pierwsza noc na plaży, gdzie mieszka mnóstwo hipisów. 
jak to? 
niektórzy są tam od ponad roku, inni kilka miesięcy, niektórzy budują swoje domki z kani (cañas, taki espaniolski bambus, na zdjęciu), niektórzy zostają w namiotach, inni śpią za murkiem ułożonym z kamieni, jeszcze inni znajdują super ukryte miejscówki.. ja kilka pierwszych nocy spędziłam na skarpie nad plażą, znalazłam tam taką jakby norkę pomiędzy kaniami. najlepsze było spanie - kilka metrów nad ziemią, na materacu z pozginanych kani, a nade mną gwieździste niebo i lampki do czytania. jednak to nie była miejscówka życia, gdyż rano rośliny oddawały całą nocną wilgoć i trzeba było szukać idealnego miejsca dalej.




tutaj moje idealne miejsce :) żeby zejść na plażę trzeba było jak kozica skakać między skałami i zbiegać po sypkiej ziemi, uważając na kaktusy i osty. te drzewa suche to czirimoje przed sezonem, najpyszniejszy i najsłodszy owoc świata, jaki jadłam (ponoć jeszcze pyszniejszy jest durian, ale jest ciągle na mojej liście życzeń). 
następnym razem z Hiszpanii wrócę autem i przywiozę czirimojki, słodkie jak niebo 



 zamieszkałam w piramidzie, do której osprzęt (materiały, materac, lustro i inne artykuły gospodarstwa domowego) znalazłam na recyklingu w ciągu jednego dnia! zbudowałam ją w kilka godzin z 24 grubych kani. konstrukcja jest moja, ale pomysł pochodzi od mojej genialnej koleżanki Stefy, której jeszcze raz i jeszcze raz dziękuję za ten domek. najlepiej wyglądał nocą, podświetlony od wewnątrz lampkami i świeczkami, z psychogennymi żółto-białymi kapami z plażowych parasoli, ośrodek mocy, kosmiczne centrum badań nad człowiekiem


widok popołudniowy


czas piramidalny to był głównie czas intensywnej fizjoterapii kolana, bo od tego problemu i chęci wyzdrowienia zaczęła się cała moja podróż, a skoro już miałam tyle czasu i tyle możliwości (aquaterapia w morzu, skałki do wspinania się, mnóstwo miejsca i czasu na hoola hop i lecznicze masaże) to w sumie rykoszetem wyleczyłam od razu całą postawę, zlikwidowałam płaskostopie, szpotawe kolana, wyprostowałam kręgosłup i wzmocniłam wszystkie mięśnie


kolekcja skarbów natury w towarzystwie babci podróżniczki (dostałam tę lalkę od wróżki Kasi Doroty i od tego czasu ciągle mnie pilnuje, dziękuję Ci Kasiu!)


24h/dobę


tutaj w oddali i w zbliżeniu jaskinia, którą okupowałam kilka dni podczas ulewnych deszczy, które nawiedziły Costa del Sol i zmoczyły w mojej piramidzie wszystko prócz śpiwora.




ostatni dzień na plaży. konstrukcje z kani, kamieni, dzika kuchnia, ludzie, rozrywki


zmywam się


beach girl
fotki z marca '15 (Playa Teresitas, Teneryfa) i czerwca '16 (Playa la Caleta de Maro, Andalusia)


nie panuje chaos.
ogarnęłam chaos.
trzymam go sobie spokojnie.
zaczynam wracać do polski, zbieram swoje manatki z różnych części Hiszpanii.


pierwszą osobą spotkaną po przyjeździe do Granady jest Igi, super brat, przyjaciel z Mazur. znaleźliśmy się na jednym z setki placów w centrum starego miasta. na zdjęciu jego Om, najmądrzejszy pies świata.


zapytaj się o swoje lęki, mówi napis na ścianie w tunelu w Granadzie, pod którym często grałam


chory łomot bracie


kto?


podróż z Granady do Bordeaux, suddenly hiszpański akordeon i stadko dzwoniących koni w kraju Basków



ja jako kot w mieszkaniu siostro-brujy Ingrid




park, ogródki działkowe, panoramka, Legnica wita